life work balance i nowe fakty na temat zagłady dinozaurów

Istnieje hipoteza naukowa (na razie tylko w mojej głowie), że dinozaury doprowadziły do samozagłady, bo były kobietami.

Powiem Wam, jak to odkryłam.

W mojej firmie – kochanej i papuśnej jak pluszowy miś z balonikiem w kształcie serca – wprowadzono możliwość pracy domowej (home office) w ilościach hurtowych, czyli raz na tydzień. To dużo jak na światowe standardy korporacyjne i wręcz perwersyjnie jak na Polskę.

Wszystkie firmowe mamuśki, ze mną na czele, wpadły w ekstazę. Ja na przykład poczułam, że to spełnienie wszelkich moich zadowowych marzeń i ambicji.

No i nadszedł maj a wraz z nim mój pierwszy prawdziwy home office, a ja siedząc o 14ej w piżamie na łóżku z komputerem na brzuchu nadal nie mogę się otrząsnąć ze szczęścia.

Podniecona wizją home office’u wstałam wcześniej, zrobiłam śniadanie i zmyłam. Popracowałam. Nastawiłam pranie. Popracowałam. Nastawiłam obiad. Popracowałam. Zmyłam naczynia i wyrzuciłam śmieci. Teraz pracuję. Za następnych 15 maili i 20 programów rozwieszę pranie i dam dzieciom obiad. Potem popracuję.

Jednym słowem zasuwam dosłownie na dwa etaty jednocześnie z poczuciem, że jestem absolutnie uprzywilejowana.

Ciekawe, że koledzy z pracy powiedzieli, że oni raczej nie będą zainteresowani tą formą pracy i normalnie posiedzą se w biurze.

szkolenie z time managmentu

Pracownicy naszej korpo-matki dostali zaproszenie do udziału w szkoleniu z time managmentu ( w innych krajach zwanym zarządzaniem czasem, ale u nas w Polsce mówimy time managment).

Myślę sobie „ech, źle mi idzie wyrabianie się z robotą przez te dziesiątki mail, które domagają się natychmiastowej odpowiedzi. Co mi tam. Zapiszę się”>

Szkolenie będzie trwało przez trzy dni , po półtorej godziny za każdym razem.

Pani z HR wysyła w tej sprawie maila. Oraz drugiego z linkiem do strony, na której trzeba się zapisać. Następnie jeszcze jednego z informacją, że są dwa różne terminy tych trzech dni po półtorej godziny i żeby nie pomylić.

Dwa dni później otrzymaliśmy serdecznego maila z pytaniem, czy można już uznać, że zapisy zostały zakończone. A następnie jeszcze jednego mniej serdecznego z pytaniem, czemu nikt nie odpowiedział na poprzedniego.

Następnie przy pomocy trzech szybkich maili pani wysłała nam do kalendarzy terminy spotkań.

I gdy już wydwałaoby się, że możemy powrócić spokojnie do obowiązków służbowych, pani z HR wysłała maila, że w jednej grupie jest więcej a w drugiej mniej uczestników i w związku z tym grupy zostały przemieszane, więc niech każdy wejdzie na stronę na intranecie i zobaczy, na kiedy został przemieszany i da znać, czy ten termin mu pasuje.

Oraz maila z przypomnieniem linku do strony w intranecie.

W ślad za obfitą wymianą korespondencji pani z HR szybko wysłała trzy powiadomienia o scancellowaniu (znacie to słowo, nie?) wcześniejszych terminów oraz trzy powiadomienia o nowych terminach.

A na koniec jebnęła się przy podawaniu godziny, więc gdy przyszło co do czego, zajęcia rozpoczęły się z półgodzinnym opóźnieniem (33% czasu trwania zajęć).

Naturalnym wyjściem z tej sytuacji byłoby zachęcenie pani z HR do wzięcia udziału w szkoleniu z time managementu. Ale nasza korpo-matka znalazła alternatywne rozwiązanie…. Pani z HR właśnie wysłała zaproszenie na szkolenia z zarządzania stresem….